niedziela, 17 listopada 2013

~ Rozdział trzydziesty dziewiąty


           Po wieczornej wizycie Jasona zrozumiałem, że moje życie zaczęło przybierać inne barwy. Amanda odeszła co oznaczało, że miałem wolną rękę do przebierania w panienkach, lecz teraz to nie miało największego znaczenia. Miałem nadzieję, że uciekła jak najdalej stąd, pozostawiając po sobie jedynie dom, w którym mogliśmy nadal przebywać.
           Lekarz poinformował mnie, że powinienem zostać jeszcze tydzień w szpitalu, aby rana zagoiła się pod ich okiem. To była dla mnie bardzo niemiła wiadomość, bo razem ze swoimi kumplami planowaliśmy akcję na McCanna. Najwidoczniej plan będziemy musieli przesunąć na kolejny dzień. Gdyby rana, którą posiadałem nie była tak poważna, już bym wstał i pojechał rozwalić sukinsyna, który myślał, że się mnie pozbył.
           Dave po tym, jak dowiedział się, co postanowiła Amy, nawet słowem się nie odezwał. Owszem, był na mnie zły, że nie próbowałem jej zatrzymać, ale radość i tak w niewielkim stopniu wypełniła jego serce żywiące miłość do mojej byłej dziewczyny. Nie ukrywając ja też ją jeszcze gdzieś w środku kochałem, ale skoro dzięki naszemu rozstaniu miała być bezpieczniejsza i szczęśliwa, to bez wahania właśnie tak postąpiłem, a nie inaczej, a Jason czy Dave nie powinni mieszać się w moje decyzje.
           Przez pół nocy byłem pogrążony myślami zemsty. Ona wypełniała każdą część mojego ciała. Kiedy leżałem przypięty do aparatury, która wykazywała realne parametry mojego ciała, dotarło do mnie wiele różnych, aczkolwiek wcześniej odległych dla mnie faktów. Posiadałem rodzinę. Nieważne, że ona nie była prawdziwa. Składała się z ludzi, którzy ufali mnie, a ja ufałem im, czasami biorąc ich za tych, którzy byli przeciwko mnie.
           Pozwoliłem sobie na to, aby "rodzina" się rozpadła. Między mną, a Dave'em już nie będzie tak samo, jak było przed pojawieniem się Amy. Ona nas w pewnym stopniu poróżniła i nakierowała nasze serca względem siebie negatywnie. Chciałem, aby on odszedł razem z pozostałą dwójką. Zostałbym sam. Ale co dalej? Jak miałem odnaleźć siłę do walki z cholernie trudną rzeczywistością? Prędzej odebrałbym sobie życie, niż ponownie ogarnął swoją dupę i przeciwstawił się swoim wrogom. Taka była prawda, a ja bałem się wypowiedzieć ją na głos. W tych sprawach, gdzie potrzebne było racjonalne myślenie, byłem tchórzem.
           Nad ranem obudziła mnie kolejna pielęgniarka, zmieniająca mi kroplówkę. Nie było jeszcze siódmej, a oni pozbawiali mnie kilku godzin snu. Westchnięciem zakończyłem wściekłość, która wdzierała się we mnie niczym jad dzikiego zwierzęcia. Uniosłem się, a gdy siostra opuściła salę, sięgnąłem po telefon. Wiedziałem, że Thomas jeszcze spał, ale chciałem, aby ktoś z nich do mnie przyjechał bo musiałem z kimś porozmawiać. Wyszukałem więc jego numer i w milczeniu oczekiwałem usłyszenia jego głosu po drugiej stronie.
     - Justin... - wymruczał - Czy ty wiesz, która jest godzina? Daj spać. - syknął, zapewne nakrywając na siebie poduszkę.
     - Sorry stary, ale powiedz Jasonowi, by przyjechał do mnie. Muszę mu coś powiedzieć, a to nie jest rozmowa na telefon. - powiedziałem, biorąc w drugą rękę tablet.
           Zacząłem przeglądać strony internetowe, całkowicie zapominając, że cały czas miałem telefon przy uchu. Po prostu uszło ze mnie jakiekolwiek poczucie czasu.
     - Cały czas tam jesteś?- spytałem i lekko się uśmiechnąłem.
           Chłopak sennie mruknął coś pod nosem, a zaraz potem zapytał, jak się czułem.
     - Wszystko w porządku. Czuję, że mógłbym już stąd wyjść, ale te pajace wypiszą mnie dopiero za niecały tydzień.- odpowiedziałem surowym tonem, a nasłuchując się jakiejś reakcji z jego strony, to usłyszałem rozmowę.
     - Stary, Jason niedługo do ciebie przyjedzie, teraz spadaj. Idę spać. - bez żadnego pożegnania rozłączyłem się i odłożyłem telefon na łóżko, tuż przy mnie.
           Obiema dłońmi ująłem urządzenie z bezprzewodowym internetem i niechcący nacisnąłem na folder z zdjęciami. Tak bardzo nie chciałem go otwierać, ale coś mnie pchnęło, by po otwarciu przejrzeć pliki, które tam miałem. Gdy zdjęcia mi się ukazały, poczułem wzrastające ciśnienie w żyłach. Nabrałem powietrza i powiększając pliki, poczułem wstręt do samego siebie oraz coś jeszcze. Jak mogłem skrzywdzić Amy? Przecież była dla mnie jak... Właśnie. Jak odzwierciedlenie własnej matki. Nie pożądała mnie. Kochała z całego serca moje głupie pomysłu, moją pracę. Każdemu zdjęciu przyglądałem się bardzo długo. Mierzyłem wzrokiem rysy jej twarzy, kolor oczy i części garderoby, jakie na sobie posiadała. Było mi żal, że los właśnie taki koniec dla nas wypatrzył. Nigdy nie czułem się tak żywy, jak przy tej zupełnie niewinnej dziewczynie. Lecz odrzuciłem jej miłość. Teraz musiałem się z tym pogodzić.
     - Śniadanie, Parker. - w drzwiach pojawił się Jason.
          Uśmiechnąłem się na jego widok i w sumie zrobiło mi się nawet miło, że się o mnie troszczył. Zdawał sobie sprawę z tego, że szpitalne jedzenie nie było w moim guście i najwyraźniej nie chciał, abym zagłodził się na śmierć.
          Od zawsze miałem z nim dobry kontakt i był jedyną osobą z która nadal potrafiłem się porozumieć. Był osobą z którą Amy mnie nie poróżniła.
     - Co ci tak mina zżęła? Nie chcesz tego? Może wolisz szpitalne jedzenie? - zaśmiał się, przez co wyrwał mnie z tony myśli.
          Spostrzegłem pyszne kanapki na stoliku, które przed chwilą tam spoczęły, więc sięgnąłem po jedną.
     - Justin...- zaczął niepewnie chłopak - Amy nie wróciła na noc do domu...- powiedział nieco ciszej i wbił we mnie swój wzrok.
           Przełknąłem kęs i wzruszyłem ramionami mimo że coś mnie w środku zakuło. - To już nie moja sprawa, Jason. To już mnie nie dotyczy.
           Chłopak usiadł bezradnie na krześle przy moim łóżku i potrząsnął głową na znak niedowierzania w moje słowa...
     - Nie wiem, jak możesz tak mówić. Stary...- powiedział surowo, kiedy chciałem mu przerwać - Ona siedziała tutaj z tobą przez cały czas, płakała i walczyła o ciebie, a ty jej nawet nie słyszałeś i nie widziałeś. Nie zrobiła nic złego, nie zdradziła cię, ani nie przespała się z Dave`em. Thomas nagadał ci takich bzdur, bo był wściekły, że zawalasz akcje które już dawno przestały mieć dla ciebie jakiekolwiek znaczenie. Justin, mieszkamy w jej domu, a ona zniknęła. Jak możesz mówić, że ci nie zależy. A co z myślą, że już nigdy jej nie zobaczysz, bo któryś z ludzi tego sukinsyna ją dopadł? - powiedział.
           Ciężko westchnąłem, połykając wcześniej ostatni kęs kanapki. - Słuchaj, ona jest mądrą dziewczyną. Była przy mnie tyle czasu i jakoś nie bała się tego, że w każdej chwili któryś z tych dupków mógłby ją dopaść. - zawiesiłem na nim swój wzrok - to po pierwsze. Po drugie... nie pamiętasz już, jak dostała zlecenie od McCanna, aby mnie zabiła? - posłałem mu pytające spojrzenie, ale nie pozwoliłem mu odpowiedzieć i sięgnąłem po następną kanapkę, bo byłem naprawdę głodny - A po trzecie, ona nie potrzebuje kogoś, kto by ją ochraniał. Jest odważna i wiem, że sobie poradzi. A to, że nie wróciła na noc... - jęknąłem z grymasem - to zrozumiałe. Która dziewczyna po zerwaniu z chłopakiem nie chciałaby zaszyć się pod ziemię i o wszystkim zapomnieć? - parsknąłem pod nosem.
     - Widzę, że jestem jedyną osobą, która się o nią martwi. Nie wróciła do swojego domu, a nie miała dokąd iść, bo przypomnę ci, straciła swoją rodzinę i przyjaciół przez ciebie. - wskazał na mnie palcem -  Zrezygnowała ze swojego życia, aby być z tobą... - Machnął ręką i wstał, oznajmiając, że poszedł do bufetu po coś do picia.
           Miałem dość ciągłego wypominania z jego strony swoich błędów. Nie martwiłem się o nią, bo wiedziałem, że dałaby sobie radę beze mnie. Rodzina nie była jej w tym potrzebna, ani przyjaciele, których fakt faktem, nie miała. Musiałem o niej zapomnieć. Wyrzucić ją ze swojej głowy raz, na zawsze.
           Jason wrócił po kilku minutach razem z lekarzem. Zaczął mnie badać i sprawdzać ranę. Niby się koiła, ale to musiało trochę potrwać. Syknięciem ukazałem mu ból podczas zdejmowania opatrunku i zakładaniu nowego. Zignorował to i szybko zakończył nieprzyjemną część dzisiejszej wizyty. Posłałem mu zniecierpliwione spojrzenie, a mężczyzna po chwili opuścił salę, wcześniej wpisując do mojej kartoteki stan mojego zdrowia.
     - Masz, napij się. - odebrałem od swojego kumpla szklankę soku i się napiłem.
           Między nami trwała przez najbliższą chwilę niezręczna cisza. Ani ja, a on nie potrafiliśmy zmienić tematu na coś, co nie byłoby związane z moją byłą dziewczyną, która najwyraźniej była ważna dla Jasona i nie wiedziałem dlaczego.
     - Powiedz mi, dlaczego przejmujesz się Amandą? Przecież tak na prawdę nic ją z tobą nie łączyło. - wzruszyłem ramionami oczekując jakiejś odpowiedzi.
           Zawiesił na mnie swój wzrok i zacisnął usta, jakby bał się powiedzieć to, co siedziało w jego głowie. Nie mogłem odczytać jego myśli, bo nie posiadałem super mocy niczym Edward ze "Zmierzchu", ale musiałem przyznać, że to w tej chwili byłby idealny sposób na zdobycie informacji.
     - Ona jest inna niż dziewczyny, które posiadałeś. Nadal nie potrafię zrozumieć, dlaczego pozwoliłeś jej odejść. - napił się coli - Amy wiedziała od samego początku, na co się piszę będąc przy tobie, a mimo wszystko z tego nie zrezygnowała. Gdyby nie ona, nie byłoby Dave'a pamiętasz?
           Skinąłem lekko głową, przypominając sobie jak ona uwolniła go ze starej szopy na posesji, którą chciałem wtedy wysadzić w powietrze. To była akcja, w której sam nie do końca potrafiłem opanować emocje. Odczuwałem wtedy strach i obawę przed tym, że wszyscy nie zdążylibyśmy uciec od pochłonięcia naszych ciał przez płomienie.
     - Widzisz, jednak pamiętasz. Więc może przypomnij sobie ile razy ona uświadamiała ci swoją miłość co? Spójrz w przeszłość i ujrzyj ile ona była w stanie dla ciebie zrobić. Zostawiła dla ciebie wszystko, co miała. A ty nie potrafisz teraz tego docenić... - dodał z ciężkim westchnięciem, które po chwili udzieliło się także i mnie.
          Zsunąłem się niżej, wcześniej odstawiając szklankę. Jego słowa wyprowadzały mnie z równowagi. Byłem rozdrażniony i skołowany, a przez to do mojego mózgu wdzierało się poczucie winy. Przez pewien moment zacząłem się zastanawiać, co działo się z Amy: gdzie mogła być i dlaczego nie wróciła do domu.
          Poczułem ogromną frustrację, bo zawsze, kiedy martwiłem się o nią, nad moim ciałem zaczęła panować chęć kontrolowania wszystkiego, co się z nią działo. W pewnym sensie przez słowa Jasona poczułem, że musiałem się o nią troszczyć, ponieważ przeze mnie straciła wszystko. Sięgnąłem po telefon, który leżał tuż przy moim biodrze i wybrałem jej numer. Przekląłem w myślach, kiedy od razu włączyła się sekretarka.
     - I widzisz? Czuję, że to coś poważniejszego, Justin... - usłyszałem jęknięcie swojego przyjaciela.
          Warknąłem coś pod nosem pod wpływem złości. Jak zwykle wszystko wyolbrzymiał. - Stary daj spokój! Ona po prostu nie chce ze mną gadać, tyle. Zrozum, że nasze rozstanie było pod wpływem emocji. - dodałem, obdarowując go srogim spojrzeniem. Znowu gniew ogarniał moje ciało.
           Sprawnym ruchem odłożyłem telefon i kiedy mój przyjaciel chciał coś wtrącić, nie wytrzymałem i pozwoliłem swoim myślom wyjść na światło dzienne.
      - Stary, kurwa! Skończ o niej ciągle gadać! Przejmujesz się bardziej niż ja, a to nie jest normalne. - wyrzuciłem ręce w powietrze - Co, z tobą też się pieprzyła? Może wszyscy przelecieliście ją za moimi plecami? - byłem tak wkurwiony, że zerwałem wszystkie rurki, który były do mnie podłączone; te od aparatury, kroplówek i innych pierdół.
      - Opanuj się do jasnej cholery! Co w ciebie wstąpiło? - uderzył mnie w polik - Zmieniłeś się i to bardzo. Musisz zacząć czuć, rozumiesz? - potrząsnął moimi ramionami, lecz sprawnym ruchem go od siebie odepchnąłem, czując nasilający się ból w klatce piersiowej.
      - Idź jej szukać, skoro tak ci na niej zależy. Przez tą sukę straciłem was wszystkich! Wynoś się! - krzyknąłem, wstając z łóżka.
           Pierwszy raz od operacji stanąłem na własnych nogach. Czułem, że kręciło mi się w głowie, ale musiałem wyjść i zapalić. Zanim opuściłem salę, podparłem się o brzeg łóżka, aby złapać równowagę. Byłem ubrany w jakąś śmieszną szmatę, więc na samą myśl, że miałem w tym wyjść,  krew mi się zagotowała.
           Jason wyszedł trzaskając drzwiami, co sprowadziło mnie na skraj wytrzymałości psychicznej. Zdarłem z siebie obleśny kawałek materiału i wyciągnąłem z torby pod łóżkiem spodnie od dresu oraz zwykłą, szarą koszulkę. Czułem się coraz słabszy, ale ignorowałem to. Musiałem wyjść i zaczerpnąć świeżego powietrza.
           Z plecaka wyjąłem paczkę papierosów oraz zapalniczkę i podszedłem do drzwi. Ledwo co wyszedłem na korytarz,  usłyszałem jak ktoś wołał mnie po nazwisku. Przekląłem w myślach, gdy po odwróceniu się ujrzałem lekarza.
      - Co pan wyprawia? Kto pozwolił panu wstać? - zaczął się wydzierać, przez co miałem ochotę mu przypieprzyć, jednak zignorowałem go i odwróciłem się, aby dojść do windy. - Justin! Nie będę się z tobą bawił, jesteś dorosłym facetem i wiesz, że jeżeli chcesz stąd wyjść, jak najszybciej musisz wrócić do łóżka!- dodał nieco łagodniej, na co przewróciłem oczami.
      - Proszę tego nie robić... - przede mną stanęła pielęgniarka, która wczorajszego dnia znacząco na mnie patrzyła.
           Zajrzałem w głąb jej oczu i dostrzegłem iskierki zmartwienia. Zupełnie tak samo, jak w przypadku Amandy. Ujrzałem w jej zielonych tęczówkach osobę o miłosiernym sercu. Pokręciłem szybko głową, aby się ocknąć i odepchnąłem ją na bok. Nie potrafiłem przestań myśleć o Amy co mnie pogrążało w złości.
      - Dajcie mi spokój. - warknąłem, wchodząc do windy.
           Miałem ich gdzieś, bo teraz to ja sam walczyłem z samym sobą o przetrwanie. Zjechałem na dół, po czym wyszedłem chwiejnym ruchem z ruchomego pomieszczenia i pokierowałem się wzdłuż korytarza. Owszem, czułem się dość dziwnie, ale nie dbałem o to. Chciałem stąd wyjść.
      - Justin, wróć na salę, nie bądź głupi. - usłyszałem cichy głos dziewczyny obok, lecz gdy się odwróciłem, nikogo nie było.
      - Zaczynam świrować.. - jęknąłem podłamany i wyszedłem na parking.
           Oparłem się o mury szpitala i z kieszeni spodni wyciągnąłem paczkę papierosów. To było to, czego potrzebowałem. Moja chwila ucieczki od tego gówna, którym było moje życie i  zasady, których już nie przestrzegałem. Odrzuciłem je z chwilą zakochania się w pannie Brown.
           Wsadziłem papierosa do ust i kiedy miałem już go odpalić,  podeszła do mnie ta sama dziewczyna, co kilka minut temu.
      - Nie będziesz palił na moim dyżurze. - słodko się uśmiechnęła, wyciągając mi papierosa z ust.
      - Zaczynasz mnie wkurwiać, a to zazwyczaj źle się kończy. - warknąłem, mierząc wzrokiem jej ubiór.
           Ona nadal się uśmiechała, trzymając mój papieros. Zupełnie nie poruszyło ją moje zdanie, moja groźba. Jakby w ogóle się mnie nie bała, a przede wszystkim już mnie skądś znała...
      - Dobra, wygrałaś! - warknąłem, odpychając się stopą od muru - Lepiej nie wchodź mi więcej w drogę, bo pożałujesz tego.
           Była dziwna. Najwyraźniej myślała, że poleciałbym na jej atrakcyjność. Ale nie tym razem. Byłem pogrążony w nieznanych mi dotąd odczuciach i nie umiałem sobie z tym poradzić. Byłem zagubiony.
           Podeszła do mnie bliżej, przez co nasze twarze dzieliło zaledwie pięć centymetrów. Wpatrywała mi się w oczy, a ja nie mogłem spuścić z niej wzroku. Patrząc na nią, widziałem Amandę; widziałem to, co chciałem zobaczyć, czyli moją Amy, słodką, śmiejącą się, która zawsze była przy mnie.
           Zamknąłem oczy, a po chwili poczułem na swoim policzku czuły dotyk. Przez chwilę oddałem się tomu doznaniu, po czym odtrąciłem rękę dziewczyny i mocno chwyciłem za jej nadgarstek.
      - Nie wiem, czego chcesz, ale wiedz, że ja ci tego nie dam. Spływaj stąd!- warknąłem przez zaciśnięte zęby, a ona stanęła jak wryta w ziemię.
           Po chwili wpatrywania się w nią wybuchnąłem śmiechem. - Jesteś jeszcze taka głupia.. - pokręciłem przecząco głową. Zostawiłem ją tam i wszedłem do szpitala. Przy mojej sali stał lekarz prowadzący, a na mój widok pokręcił głową.
      - Wróciłem.- sztucznie się uśmiechnąłem i przekroczyłem próg sali.
           Położyłem się na pościelonym łóżku, zamknąłem oczy i pozwoliłem myślom swobodnie przemierzać przez zakamarki mojej głowy niczym wystrzeliwane pociski z pistoletu podczas naprawdę sporej akcji.
      - Paliłeś? - zapytał tonem głosu, godnym lekarza.
           Ironicznie wymalowałem uśmiech na swoich ustach, lecz nie otworzyłem oczu. - A jak pan doktor myśli? - zapytałem.
      - Mam nadzieję, że nie paliłeś, bo to poważnie mogłoby zaszkodzić twoim płucom.
           Parsknąłem, czując zmęczenie - Pana głupia pielęgniarka mnie powstrzymała. Powinien być pan doktor jej wdzięczny. - dodałem, wzdychając.
      - Nasz personel nie jest głupi. Robimy wszystko dla twojego dobra. Więc proszę, nie utrudniaj nam tego, a wyjdziesz tak szybko, jak się da.- mruknął spokojniej i zaczął podłączać mi aparaturę.
           Powstrzymałem się od jakiegokolwiek komentarza w jego stronę i pozwoliłem mu wykonać swoją robotę. Gdy wszystko było już prawidłowo podłączone opuścił pomieszczenie i zostałem sam. Nareszcie miałem chwilę odpoczynku dla samego siebie i postanowiłem się przespać.
           Moja beztroska podróż po krainie snów nie trwała zbyt długo. Zbudził mnie sygnał telefonu, który od kilku minut nie przestawał dzwonić. Zdenerwowałem się i spojrzałem na wyświetlacz. Thomas. Warknąłem i odebrałem połączenie.
      - Mam nadzieję, że to coś pilnego... - syknąłem.
      - Co z Jasonem? Wszedł do domu wkurwiony i nie chce z nikim gadać. Pokłóciliście się? - od razu warknąłem, ale i tak opowiedziałem mu co się wydarzyło; powiedziałem mu o moich wątpliwościach i o tym, jak się czułem.
           Thomas przez całą rozmowę tylko przyznawał mi rację, jednak nie dodawał nic od siebie.
      - Thomas, cały czas czekam, aż mi powiesz, jakie jest twoje zdanie. - mruknąłem, a on w końcu powiedział to, na co czekałem.
      - Stary, ta laska zmieniła całe nasze życie. Od dłuższego czasu mnie wkurzała, bo nie była tobie wierna, ale Jasonowi możesz zaufać. To twój brat, wszyscy jesteśmy z tobą. Amanda zniknęła i miejmy nadzieję, że już nie wróci. Zobaczysz, że z czasem nawet z Dave`em się dogadasz. A co do niego, to szukał jej, ale na całe szczęście nie znalazł. Widocznie naprawdę postanowiła odejść.
      - To dobrze. - odruchowo skinąłem głową - Jeżeli ona naprawdę odeszła, to jej ojca zamierzam rozszarpać na kawałki, aby już nigdy jej nie zranił. Jestem jej to winien, prawda? A McCanna pozbędę się już z własnych powodów. Przez niego leżę w tym durnym szpitalu i tylko dręczę się sprawami, które już nie powinny mieć dla mnie żadnego znaczenia... - dodałem, ujmując szklankę soku, lecz po chwili ona wyślizgnęła mi się z ręki i rozbiła o podłogę. - Szlag by to trafił... - wysyczałem, opadając głową na poduszkę, cały czas trzymając telefon przy swoim prawym uchu
           Zamknąłem oczy, a po chwili je otworzyłem, gdyż poczułem na sobie czyjś wzrok. - Zadzwonię później. - rozłączyłem się i wpatrywałem się w posturę chłopaka kamiennym wzrokiem.
      - Czego chcesz, Dave? - syknąłem, jednak nie raził go mój ton głosu i podszedł do mojego łóżka.
           Wyglądał strasznie i widać było, że zadręczał się tą cała sytuacją i odejściem Amy. Przejechał dłonią po włosach i zaczął mówić. - Amanda zniknęła, ale to już pewnie wiesz. Rozumiem, że masz to w dupie, bo chłopacy nagadali ci głupot. - na chwilę zamilkł - Przyjechałem, żeby powiedzieć ci, jak było naprawdę.- kiedy podniosłem się nico wyżej i chciałem dodać coś od siebie, uciszył mnie skinieniem dłoni. - zakochałem się w niej i owszem, jest mi głupio z tego powodu, bo byłeś moim przyjacielem. - popatrzył na mnie spod byka - W tobie miałem zawsze oparcie...Ale czasu nie cofnę. - wypuścił z płuc powietrze, które wstrzymywał - Jestem tutaj, bo musisz wiedzieć, że Amanda nie skrzywdziła cię. Byłeś zawsze na pierwszym miejscu w jej sercu, nie ważne, jak bardzo chciałem, aby to się zmieniło. - machał dłonią - Próbowałem ją odciągnąć od ciebie, bo bolało mnie to, w jaki sposób ją traktowałeś... jednak ona i ten jej upór, jak i miłość do ciebie nie dały się przepchnąć. - ponownie na mnie spojrzał - Kochała cię, Justin, a teraz nie wiem, gdzie jest, bo zachowałeś się, jak kretyn wyrzucając ją. Przyszedłem, żeby ci powiedzieć, że jeżeli coś się jej stało, jeżeli nie żyje..- głos zaczął mu się załamywać, a ja nie mogłem nic dodać. - To będzie to twoja wina! - niemalże krzyknął.
           Potarłem dłonią swoje czoło, czując uderzające o moje serce fale ciepła. - Dave...ja nie wiedziałem... rozumiesz? - spojrzałem na niego - Ja myślałem, że ty i ona.. ja pierdole... - rzuciłem nagle, gdy zrozumiałem, co tak naprawdę wydarzyło się w moim życiu w przeciągu ostatnich dni. Ponownie przejechałem ręką po włosach i tym samym zerknąłem na chłopaka siedzącego tuż obok - Gdzie jej szukałeś?
      - Ty ostatnio niczego nie rozumiesz, stałeś się takim dupkiem...- wziął głęboki oddech i spojrzał na mnie przenikliwie - Wszędzie, gdzie było to możliwe. Jedna z pielęgniarek widziała, jak Amy wyszła i poszła w stronę parku, a właściwie wybiegła... cała zapłakana.- dodał ironicznie.
           Zacisnąłem swoje pięści - Gdybyś kurwa mi o tym prędzej powiedział! - syknąłem, wyrywając z siebie kabelki i wstając, podszedłem do okna - Ona gdzieś musi być! Przecież nie mogła się tak po prostu rozpłynąć w powietrzu! - uderzyłem dłońmi o kawałek parapetu.
      - Amanda ci czasami nie mówiła? Och, tak... mówiła, ale miałeś to w dupie, bo słowa Thomasa były dla ciebie ważniejsze. Jesteś idiotą! Nie znajdziesz jej... Na pewno nie ma jej w tym mieście, chyba, że jest gdzieś pogrzebana. - warknął.
           Wiedziałem, że chciał wzbudzić we mnie poczucie winy i niestety mu się to udało - Zresztą...- machnął ręką i opuścił pomieszczenie.
           Gotowałem się ze złości, która już teraz dogłębnie osiedliła się w moim sercu. Gdy tylko wyszedł, poszukałem swój telefon i wybrałem numer do Amy. Nie poddawałem się i gdy włączała się sekretarka, dzwoniłem kolejny raz. Miałem nadzieję, że w końcu usłyszałbym dźwięk nadchodzącego połączenia...
_______________________________________________________
Cześć Miśki Moje Kochane ♥
Mam nadzieję, że się nie gniewacie, iż rozdział został dodany dzisiaj.
Mam nadzieję, że Wam się podobało i będziecie czekać na następny.
Pozostawcie komentarz :) 
Buziaki, Audrey. 

                                CZYTASZ? = KOMENTUJESZ! - Pamiętaj! ☺

poniedziałek, 11 listopada 2013

~ Rozdział trzydziesty ósmy

Amy's POV

           Napięłam swoje mięśnie mimo że czułam, jak wszystkie siły ze mnie ulatywały pod wpływem stresu i bezradności. W moim sercu panowała pusta i chłód. Potrzebowałam Justina bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Chciałam, żeby mnie przytulił i pocałował, tak, jak kiedyś. Wtedy, kiedy byliśmy szczęśliwy i nikt, nic nie mogło nas rozdzielić. Jeszcze tak niedawno miłość Justina względem mnie była nieograniczona i beztroska. Sercem należałam do niego, bezgranicznie.
           Kiedy pozwalałam łzom spływać po twarzy, poczułam, jak ktoś ujął mnie za ramię. Gwałtownie się odwróciłam i rozszerzyłam wargi. - Co ty tutaj robisz?
           Mimowolnie mruknęłam pod nosem, gdy przed moim obliczem stanął Dave. W jednej dłoni trzymał parasol, a drugą nadal obejmował moje ramię. Czułam bariery między nami. Wiedziałam, że to ja sama je postawiłam i nie mogłam ich zniszczyć. Nie mogłam ponownie zwątpić w swoje uczucia do Justina. Nie teraz.
    - Jason kazał mi przyjść, więc... jestem. - ujął moją rękę i chwilę ją potrzymał - Chodź, przeziębisz się. - dodał, pociągając mnie tak, że zaraz po wstaniu przyległam do jego klatki piersiowej i poczułam zapach jego perfum.
           Poczułam ukłucie w sercu. Jakby moja podświadomość kazała mi jak najszybciej oderwać się od tego chłopaka. Jęknęłam i postawiłam krok do tyłu. Nie czułam się już wystarczająco bezpieczna, aby być tak blisko niego.
           Jego oddech na mojej szyi przyprawił mnie o dreszcze, a potem dłonią zaczął wędrować wzdłuż mojego ramienia. Me ciało wypełniły drgawki, które przesiąknięte były strachem przed przyszłością. Zacisnęłam jednocześnie swoje oczy jak i usta, a w moich myślach rozerwała się wewnętrzna równowaga. Rozpadłam się na drobne kawałki. To było ponad moje siły. Nie sądziłam, że los miał dla mnie nieuniknione niespodzianki.
           Nie wiedziałam sama, czy pragnęłam jego bliskości, jednak nie mogłam wyprzeć się faktu, że mimo wszystko żywiłam wobec tego chłopaka jakieś uczucia.
    - Jestem z Justinem.- Szepnęłam ledwo słyszalnie i odwróciłam głowę na bok, aby uniknąć jego hipnotyzującego spojrzenia. .
           Usłyszałam ciche chrząknięcie, a zaraz potem splótł nasze dłonie. Fala ciepła uderzyła w moje serce, a chwilę potem przepełniło się otchłanią bez dna. Szepnął, że był świadom mojego związku ze swoim przyjacielem i jednocześnie pociągnął mnie w stronę szpitala.
           Jego wyraz twarzy nawet nie wyrażał żadnych emocji co było jeszcze bardziej frustrujące niż kiedykolwiek. Bez słowa weszliśmy do budynku, a po chwili, tuż przed salą w której leżał Justin, dostrzegłam Thomasa siedzącego na krześle z dłońmi na głowie. Jego pozycja przyprawiła mnie o bezwład w nogach. Wyglądał, jakby właśnie ktoś z jego rodziny odszedł, jakby ktoś umarł.
    - Czy, Justin... on ...? - jęknęłam, przystając obok niego
           Pokręcił głową nic nie mówiąc. Całe czas wpatrywałam się w niego, gdyż nie mogłam rozszyfrować jego stanu emocjonalnego. Nie dostrzegałam w nim żadnych pozytywnych energii. Owszem, byłam nadal na niego wściekła za słowa, którymi mnie obdarzył, ale w mojej naturze nie leży obrażanie się. Wiedziałam, że chciał, abym zniknęła z jego życia jak i życia mojego chłopaka. Ale on nie mógł decydować za wszystkich...
           Bez zastanowienia weszłam do sali, w której leżał Justin. W pierwszej chwili myślałam, że to był tylko sen. Mrugnęłam kilka razy, aby móc przyswoić sobie obraz siedzącego Parkera na łóżku, opartego o kilka poduszek.
    - Hej...- Zaczęłam niepewnie, stawiając kolejne kroki w stronę przytomnego chłopaka.

Justin's POV 

           Odkąd się obudziłem, miałem w swojej głowie huragan myśli. Nic nie posiadało racjonalnego wytłumaczenia. Nic mnie nie uszczęśliwiało. Wręcz odwrotnie. Myśl, że Amy oddała się mojemu najlepszemu przyjacielowi była okropna. Po każdej bym się tego spodziewał, lecz nie po niej. Ona była odmienną częścią mojego popierdolonego życia.
           Nie mogłem unieszkodliwić Shadow, on był mną i musiałem ułożyć swoje życie na podstawie jego charakteru. Wiedziałem, że do pewnego momentu mogłem odpuścić, ale gdy ponownie przyszedł czas, aby stawić czoła swoim wrogom - przegrałem. Uodporniłem się na krytykę, wymuszanie zastanowienie się nad samym sobą. Starania Amandy były zbędne, gdyż tylko ja sam musiałem podjąć ostateczną decyzję co do swojej dalszej przyszłości.
           Nie chciałem, aby moim ciałem zawładnął Justin. Wolałem siebie w postaci Shadow. On wiedział, czego ja potrzebowałem. Chciałem zabijać, karmić się każdym zwycięstwem, pokazać samemu sobie, że byłem stworzony do mordowania swoich wrogów.
    - Hej... - w progu drzwi stanęła krucha postać dziewczyny, która przypatrywała mi się przez kilka minut.
           Wytężyłem wzrok i dostrzegłem Amy. Włosy miała przemoczone zapewne od deszczu, a jej oczy były rozmazane i zupełnie nie zadbała, aby przetrzeć twarz ręcznikiem.
    - Cześć. - mruknąłem beznamiętnie, cały czas na nią spoglądając.
           Bezszelestnie zaczęła podchodzić do mojego łóżka. Gdy znalazła się przy nim, usiadła na jego krawędzi, po czym wbiła we mnie swój wzrok. Nie widziałem w niej swojego wroga. Kochałem ją. Jej obecność sprawiała, że moje serce ponownie zaczynało bić i wypełniać moje ciało po prostu życiem.
    - Byłam tutaj cały czas... Martwiłam się... - przejechała wewnętrzną częścią dłoni po moim policzku, na co delikatnie mruknąłem.
           Nie chciałem jej od razu wmawiać, gdyż to, co mówił Thomas zupełnie nie chciało do mnie dotrzeć. Miałem nadzieję, iż Amy nie była na tyle głupia, aby oddać się mojemu najlepszemu przyjacielowi, tym samym odpychając mnie od siebie tak, jak sam to robiłem, gdy moim ciałem władał Shadow.
    - Spałaś z Dave'em? - zapytałem wprost, gdy trwała między nami cisza.
           Od razu zmienił się wyraz jej twarzy. Z bezbronnej i smutnej dziewczyny zrobiła się zaskoczona i nieco rozzłoszczona Amanda. Może lubiłem ją w takim wydaniu? Może chciałem, aby w końcu powiedziała mi prawdę? Miałem dość poszukiwania wytłumaczeń dla jej zachowania. Musiałem zapanować nad swoimi emocjami mimo że właśnie w tej chwili pragnąłem ją po prostu wyrzucić ze swojego życia, zrywając z nią.
           Krzywdziłem ją, byłem tego świadomy. Lecz i ona nie była bez winy. Nie zaprotestowała, gdy po przyjściu z akcji zacząłem ją pieprzyć. Podobało jej się to doznanie. Dopiero nad ranem zaczęła ukazywać swoje negatywne odczucia i rany, które wyrządziłem w jej sferze duchowej.
    - Spytałem cię o coś.- Warknąłem wbijając w nią kamienny wzrok.
           Nie sądziłem, że mój przyjaciel mógłby zdradzić mnie w taki sposób. Nie sądziłem, że ta niewinna istota, którą była Amanda, mogła za moimi plecami pieprzyć się z kimś równie mi bliskim, jak ona sama. Krzykiem nakazałem jej zacząć i wtedy poczułem ogromny ból, który przeszedł przez moje ciało.
           Dotknąłem ręką opatrunku, jakbym chciał złagodzić ból, a następnie zacząłem normować swój oddech. Cicho wyszeptała moje imię, dłońmi gładząc ranę na co zareagowałem ostrym syknięciem i natychmiast zabrała swoje ręce.
    - Nie spałam z nim, on tylko próbował zakryć swoim ciepłem przepaść, jaką stworzyłeś w moim sercu... - mówiła, ściszając głos i jednocześnie zaciskając dłonie między nogami, szukając jakiegoś punktu odniesienia.
    - To dlaczego Thomas powiedział mi, że podczas akcji to zrobiliście? - zapytałem - Dlaczego nakryłem was w jednoznacznej sytuacji? - dodałem nieco bardziej poirytowany tą cała sytuacją.
    - O czym ty mówisz? Słyszysz samego siebie? - jej ton głosu stał się oschły, a wstając z łóżka przeniosła swój wzrok w stronę okna.
           Spoglądałem na nią i czułem, że walczyłem sam ze sobą; chciałem powiedzieć, że ją kochałem, jednak cząstka mnie żywiła wobec niej nienawiść i odrazę. Czułem się rozdarty mimo to nie okazałem żadnych uczuć, nie mogłem. Kiedy chciałem już coś powiedzieć, Amy zaczęła mówić to, co chciała, lecz na moment zapanowała cisza.
    - Widzisz tylko to, co chcesz zobaczyć. Nie interesuje cię nic poza twoim tyłkiem - syknęła i spojrzała na mnie - Stałeś się potworem w moich oczach. Justin, ja się ciebie boję mimo że jest we mnie miłość... To się boję. - jęknęła i powtórzyła nieco ciszej. - Boję się ciebie.
           Wpatrywałem się w nią i odczuwałem, jak ponownie w moim sercu zaciskały się skumulowane od kilku dni emocje. Zagryzłem wewnętrzną część policzka, a gdy chciałem coś dodać, ona dalej kontynuowała, nie zwracając na mnie uwagi - Mimo to, przyjechałam tutaj. Walczyłam o twoje życie bardziej, niż ty sam byłeś w stanie o nie zawalczyć - po jej policzku spłynęła zabłąkana łza - Gdy ujrzałam ciebie leżącego w łazience, wszystko nagle zniknęło. - pokręciła lekko głową na znak bezsilności - Cała złość na ciebie... odeszła. Wybaczyłam ci wszystko, bo miłość jest silniejszym uczuciem. - Zasłoniła usta dłonią i usiadła na krześle, tuż przy łóżku i zaczęła płakać.
           Cholernie chciałem jej powiedzieć, co czułem, ale nie potrafiłem. Byłem wkurzony na samego siebie, za to, że byłem niezdecydowanym dupkiem. Tuż obok płakała dziewczyna, która była miłością mojego życia, a ja nie potrafiłem jej przytulić. Westchnąłem głośno.
    - Amy.. - jęknąłem, a kiedy ona podniosła swój wzrok, zobaczyłem w nich stanowczość i jakby pewność siebie.
    - Nie spałam z nim, słyszysz? Twoi przyjaciele wyrzucili mnie z waszej pseudo rodziny. - pociągnęła nosem -  Byłam tutaj, bo cię kochałam. Dave pomógł mi przejść przez to całe piekło, które mi sprawiłeś, a teraz kiedy walczyłam o to, abyś przeżył to ty i twoi kumple oskarżyliście mnie o coś takiego. Posądziliście o to, że spałam z Dave`em... To jest niesprawiedliwe, wiesz?
    - Wiem. I ci wierzę, rozumiesz? - wyciągnąłem w jej stronę dłoń, która opadła na pościel - Ale spójrz... Nie mam nawet siły. Thomas zaczął mi wpajać do głowy, że powinienem zabić i ciebie, abyś już nie przejmowała kontroli nad moimi uczuciami, ale ja tego zrobić nie mogę. - poczułem jak wsuwa swoją dłoń w moją - Jesteś dla mnie ważna, ale mam też obowiązek chronienia nie tylko ciebie, ale i swoich kumpli.
    - Ty mnie nie chronisz, od jakiegoś czasu mnie niszczysz. Przykro mi, że nie widzisz mojego staczania się coraz niżej. Justin, jestem gotowa odejść.
           Zaczęła dławic się łzami. Dotarło do mnie, że straciłem Amandę, która oddała mi siebie i pokazała, jak powinienem kierować sobą, aby żyć. Odrzuciłem jej starania, razem z tym, co przez ten cały czas mi ofiarowywała - swoje czyste serce i piękną, wręcz wymarzoną miłość.
           Widziałem, że zdezorientowanie wdarło się do jej umysłu, ale miałem to w dupie. Czułem, że przemawiał przeze mnie Shadow, a kiedy wróciłby Justin, cierpiałbym równie mocno jak Amanda. Nie mogłem do tego dopuścić, nie mogłem pozwolić, aby on przechytrzył tego, którego pragnąłem bardziej. Shadow był obliczem, który odzwierciedlał moją duszę.
           Krzyknąłem, aby poszła i zniknęła, a ona zerwała się i spoglądała na mnie ze łzami w oczach. Cofała się do tyłu wolnymi krokami, nie spuszczając ze mnie wzroku, aż w końcu plecami uderzyła o tors Jasona. Objął ją rękoma i zaczął coś szeptać na ucho, po czym ona mu się wyrwała i po prostu wybiegła. Zrobiłem to, co uważałem za słuszne.
    - Co z policją? - lekko się podniosłem i spojrzałem na swojego przyjaciela w celu dowiedzenia się prawdy i szybkim zmienieniu tematu.
    - Wszystko załatwione, przyjadą niedługo, żeby cię przesłuchać i nas również. - zbliżył się nieco w moją stronę - Justin... - chłopak podrapał się po głowie - Co ty odwalasz? Będziesz tego żałował. Wiesz o tym. - mruknął i usiadał na krześle.
           Nie chciałem z nim dyskutować na ten temat, to nie była jego pierdolona sprawa. Tym bardziej, że on nie wiedział o Amy tyle, co ja. Miałem nadzieję, że beze mnie także będzie sobie w stanie poradzić. Owszem, nie miała już Leslie bo ją zabiłem razem z Thomasem, ale była odważna. Nie bała się niczego i to sprawiało, że z każdą kolejną sekundą mniej się o nią martwiłem.
    - Słuchaj, jej już nie ma, jasne? - posłałem mu jednoznaczne spojrzenie - Może dzięki temu rozwiązaniu, będę bardziej uważny podczas akcji. Poza tym - machnąłem ręką - musimy się skupić na wykończeniu naszych wrogów, a nie na jakiejś niepotrzebnej lasce. - westchnąłem.
    - Kurwa! - warknął i pewnym ruchem wstał, kopiąc krzesło na drugi koniec sali. - Zacznij myśleć, bo widzę, że nieźle cię popieprzyło. - Wrzasnął, a po chwili zaczął mi tłumaczyć, co miałem mówić policji, aby zeznania wszystkich członków gangu były takie same, by nie zaprzeczały sobie.
    - Dobra, dobra! - przekrzyczałem go - Rozumiem, jasne? - poczułem, że brakło mi już powoli sił - Muszę odpocząć, jestem zmęczony.. - syknąłem, łapiąc się za ranę.
          Reszta Insiders mruknęła coś pod nosem i w jednej chwili wszyscy, łącznie z Jasonem wyszli z mojej sali. Nie zastanawiałem się, co działo się teraz z moją była dziewczyną. Miałem dość wszystkiego. Dość wpieprzania się w jej życie.
           Zacząłem się zastanawiać i po krótkim czasie doszedłem do wniosku, że Amanda zniknęła z mojego życia już na zawsze. Uświadomiłem sobie, że nie była już moja. Mogłem powiedzieć, że straciłem ciężar, który mnie obarczał - nie musiałem się martwić o jej życie, o jej bezpieczeństwo, o to, czy czuła się dobrze. W końcu mogłem zająć się tylko sobą, a ona mi to ułatwiła.
           Tylko czy tego właśnie chciałem? Jej miłość do mnie, w pewien sposób leczyła, koiła mój ból związany z przeszłością i dawała satysfakcję, że mógłbym jeszcze być szczęśliwy i zacząć wszystko od nowa, z nowymi zasadami i mniej rygorystycznymi, pozbawionymi przede wszystkim nienawiści do świata i wszystkiego, co wokół mnie się znajdowało.
           Kiedy pojawiła się w moim życiu, czułem jakbym narodził się na nowo, bo na była Aniołem, który prowadził mnie przez ścieżkę okrytą krwią niewinnych ludzi, których zabiłem. Pomagała zwalczyć mi ból po utracie mamy i rodziny. Kochałem ją, ale część mnie żądała, abym zapomniał i zniszczył tę miłość, gdyż ona niszczyła oblicze Shadow.
           Straciłem swój dom, dobytek, poniekąd kumpli, a teraz jeszcze straciłem Amy. Zrozumiałem, że byłem nieudacznikiem, bo pozwoliłem Shadow zawładnąć nad sobą, pozostawiłem mu kontrolę nad moim życiem. To był błąd, który popełniłem świadomie.
           Potrząsnąłem głową, by te wszystkie myśli zostawiły mnie już w spokoju. Nie chciałem czuć poczucia winy. Tak chciał los i ja nie mogłem z nim dyskutować. - Czas zacząć grę od nowa.- szepnąłem sam do siebie, kiedy przed moją wyobraźnią pojawiła się myśl, że musiałem dalej kontynuować swoją wędrówkę i zacząć budować wszystko od podstaw, a początkiem tego stałoby się zgładzenie McCann'a i jego wspólników.
           Skierowałem swój wzrok ku drzwi, w których stanął lekarz i ochrypłym głosem oznajmił, że przyszła do mnie policja. Powiedział to oficjalnie, a ja przełknąłem głośno ślinę i skinąłem głową. W swoim życiu już kilkakrotnie miałem do czynienia z policją i byłem pewny, że dobrze mnie zapamiętali. Przybrałem kamienną twarz i oczyściłem swoje myśli z niepotrzebnych informacji, aby być świadomym udzielanych odpowiedzi i zadawanych mi pytań.
           Nim się obejrzałem, trzech funkcjonariuszy policji weszło do mojej sali o stanęli wokół łóżka. Jeden po mojej prawej stronie, drugi po lewej, a trzeci stanął naprzeciwko mnie. Lekko uniosłem się do góry, aby móc ich lepiej widzieć. Kontakt wzrokowy zawsze uświadamiał, że osoba przesłuchiwana nie miała niczego do ukrycia.
    - Jak się pan czuje, panie Parker? - zapytał dość wysoki, ciemnej karnacji brunet z notesem w ręku.
           Skinąłem lekko głową w podzięce za pytanie oraz krótkim zdaniem odpowiedziałem, że czułem się już lepiej. Wiedziałem, że zaraz padnie pytanie czy coś pamiętałem. To było pewne.
    - Pamięta pan, kto pana postrzelił? Jak to się stało? Gdzie? - odezwał się ten, co stał naprzeciwko.
           Chwila, chwila! Tyle pytań. Westchnąłem w duchu, po czym na niego spojrzałem i lekko unosiłem co chwilę dłoń, aby nadać swoim zeznaniom więcej wiarygodności.
    - Byłem razem z Jasonem w barze, na GrangStreet. Była bójka, a my próbowaliśmy ich rozdzielić. Nie wiedziałem, że jeden miał broń - mruknąłem, robiąc lekki grymas bólu na twarzy - po powrocie do domu zemdlałem, a obudziłem się dopiero w szpitalu. Tyle pamiętam.
           Wiedziałem, że moje zeznania były zapisywane, dlatego starałem się mówić w miarę wyraźnie. Jason, Thomas jak i facet w barze mieli powiedzieć to samo, aby wszystko poszło zgodnie z planem.
    - Pana kolega twierdzi to samo. - komisarz Charlie, bo jego właśnie znałem, mruknął, pocierając palcami o swoją brodę - Panie Parker, jeżeli znowu pan coś zmajstrował, bo się o tym dowiemy. - syknął, podchodząc do drugiego policjanta.
           Już chciałem zacząć się śmiać, ale nie mogłem. Musiałem zachować wizerunek niewinnego do samego końca. Skinąłem ponownie swoją głową i wzrokiem ich odprowadziłem, gdy mówili, że jeszcze tutaj przyjdą.
           Po tym, jak zostałem sam, wziąłem się za rozmyślanie planu zabicia McCanna. Musiałem zrobić coś, aby oni raz na zawsze zniknęli z mojego życia. Chciałem ich zabić, a potem przenieść się z chłopakami do innego miasta. Musieliśmy tak zrobić.
    - Czas na kolację, panie Justinie.
           Gdy na swoim tablecie, który przyniósł mi Thomas zapisywałem informacje potrzebne do realizacji swojego planu, do środka weszła mała, czarna pielęgniarka. Pchała przed sobą wózek, na którym stał garnek sporych rozmiarów, chleb oraz miski. Szpitalne jedzenie. Już na samą myśl, że musiałbym zjeść to, co oni tutaj podają przeszły mi dreszcze po całym ciele. To było okropne.
    - Nie, dziękuję, nie jestem głodny. - jęknąłem, spoglądając na nią.
           Miała bardzo miłe spojrzenie i szczery uśmiech, podczas nalewania do miski jakiejś zupy. Niespodziewanie usiadła na moim łóżku, gdy postawiła talerz na stoliku obok. Ujęła moją rękę i obejrzała, czy kroplówka była dobrze podłączona. Potem przeniosła wzrok na mój tors i opuszkami palców przejechała po zabandażowanej ranie, zupełnie nie wiedziałem dlaczego, a nie chciałem bawić się w detektywa.
    - Boli pana jeszcze? - cicho szepnęła, lekko się nachylając i zaglądając w moje oczy.
           Tym sposobem zdradziła samą siebie. Była mną zainteresowana. Jej oczy się szkliły i czułem, jak strzelała ze swojego serca pociskami zauroczenia. Parsknąłem pod nosem na samą myśl, że każda dziewczyna nie potrafiła odrzucić mojego uroku.
    - Wiem, że ci się podobam, panno Kathrine. - szepnąłem, ujmując dłonią jej fartuszek i przyciągając ją bliżej siebie, aby narobić jej lekkiej nadziei.
           Zapytała skąd znałem jej imię, co mnie jeszcze bardziej rozśmieszyło. Zupełnie straciła przy mnie głowę. Zapomniała, że posiadała plakietkę ze swoimi danymi, która była przyczepiona do jej ubrania na lewej piersi.
           Musnąłem delikatnie jej policzek i odepchnąłem od siebie mówiąc, aby wieczorem przyniosła mi coś dobrego do jedzenia, bo tego nie zamierzałem tknąć. Lekko zdezorientowana na mnie spojrzała, skinęła głową z uśmiechem, a zabrawszy talerz napełniony czymś co nawet nie dało się tknąć, wyszła z sali, potykając się o własne nogi.
    - Jaka idiotka... - zaśmiałem się i pokręciłem głową na znak poirytowania.
           Powróciłem do rozporządzania swoimi myślami zapisanymi w programie, a następnie wszedłem na swoją kartotekę policyjną i zacząłem edytować swoje akta, aby zmniejszyć ryzyko podejrzenia. Shadow znowu wkraczał w ciemniejsze oblicza swojej natury.

____________________________________________
Mordki Moje Kochane.
Rozdział dodałam dopiero dzisiaj, gdyż znalazłam nieco wolnego czasu, aby go dokończyć. 
Jak Wam się podoba?
Proszę, wyraźcie opinię w komentarzu, gdyż to pozwala mi na odkrycie nowych pomysłów.
Pozdrawiam Was cieplutko.
Wasza Audrey. ♥

                                              CZYTASZ? = KOMENTUJESZ! =)